Podziel się wpisem

Żelazna zasada. O niewidzialnym wrogu, którego nie zabije strzał.

Dziczyzna wraca do łask. Coraz więcej osób docenia jej walory – mięso jest ekologiczne, wolne od antybiotyków i pasz przemysłowych, o wyjątkowym smaku. Mówi się: „samo zdrowie”.

I to prawda, pod jednym, fundamentalnym warunkiem.

Każdy myśliwy, który pozyskał dzika, zanim poda z niego choćby plasterek kiełbasy swojej rodzinie czy przyjaciołom, musi wykonać najważniejszy krok w całym procesie „od lasu na stół”.

Badanie na obecność włośni (trychinellozę).

Włosień kręty to mikroskopijny pasożyt, który może bytować w mięśniach zwierząt wszystkożernych (głównie dzików, ale też np. borsuków).
Nie widać go gołym okiem.
Nie zmienia smaku ani zapachu mięsa.
Zarażenie nim u człowieka jest niezwykle ciężką chorobą, która może prowadzić do trwałego kalectwa, a nawet śmierci.

Dlatego etyczny i odpowiedzialny myśliwy wie, że po udanym polowaniu na „czarnego zwierza”, praca się nie kończy. Pobranie odpowiednich próbek (zwykle z filarów przepony) i dostarczenie ich do urzędowego lekarza weterynarii to nie jest biurokratyczny wymysł. To kwestia życia i zdrowia.

Dopiero gdy weterynarz, używając specjalistycznego sprzętu (metoda wytrawiania), potwierdzi, że mięso jest czyste i przybije pieczęć – tusza staje się pełnowartościowym, bezpiecznym produktem kulinarnym.

W łowiectwie nie ma drogi na skróty. Kto ryzykuje i pomija badanie, ten gra w rosyjską ruletkę zdrowiem swoich bliskich.

Bezpieczeństwo na talerzu zaczyna się od odpowiedzialności w lesie i u weterynarza. Pamiętajcie o tym, serwując dziczyznę.


Podziel się wpisem