Żelazna zasada. O niewidzialnym wrogu, którego nie zabije strzał.
Dziczyzna wraca do łask. Coraz więcej osób docenia jej walory – mięso jest ekologiczne, wolne od antybiotyków i pasz przemysłowych, o wyjątkowym smaku. Mówi się: „samo zdrowie”.
I to prawda, pod jednym, fundamentalnym warunkiem.
Każdy myśliwy, który pozyskał dzika, zanim poda z niego choćby plasterek kiełbasy swojej rodzinie czy przyjaciołom, musi wykonać najważniejszy krok w całym procesie „od lasu na stół”.
Badanie na obecność włośni (trychinellozę).
Włosień kręty to mikroskopijny pasożyt, który może bytować w mięśniach zwierząt wszystkożernych (głównie dzików, ale też np. borsuków).
❌ Nie widać go gołym okiem.
❌ Nie zmienia smaku ani zapachu mięsa.
❌ Zarażenie nim u człowieka jest niezwykle ciężką chorobą, która może prowadzić do trwałego kalectwa, a nawet śmierci.
Dlatego etyczny i odpowiedzialny myśliwy wie, że po udanym polowaniu na „czarnego zwierza”, praca się nie kończy. Pobranie odpowiednich próbek (zwykle z filarów przepony) i dostarczenie ich do urzędowego lekarza weterynarii to nie jest biurokratyczny wymysł. To kwestia życia i zdrowia.
Dopiero gdy weterynarz, używając specjalistycznego sprzętu (metoda wytrawiania), potwierdzi, że mięso jest czyste i przybije pieczęć – tusza staje się pełnowartościowym, bezpiecznym produktem kulinarnym.
W łowiectwie nie ma drogi na skróty. Kto ryzykuje i pomija badanie, ten gra w rosyjską ruletkę zdrowiem swoich bliskich.
Bezpieczeństwo na talerzu zaczyna się od odpowiedzialności w lesie i u weterynarza. Pamiętajcie o tym, serwując dziczyznę.